goodbrand goodbrand

Nie ważne, co myślisz. Jesteś brzydki - Martyna Skibińska

Nie ważne, co myślisz. Jesteś brzydki - Martyna Skibińska
Ładni mają z górki. Celem niniejszego artykułu będzie przekonanie czytelnika, że to stwierdzenie nie jest banałem. A właściwie, że jest banałem, ale udowodnionym naukowo.

 

W dalszej części być może będziemy postulować nałożenie na pięknych specjalnego podatku, wlepianie im kar za krzywe spojrzenia na twarzowo-nieuprzywilejowanych (również te urojone), oraz wprowadzenie darmowych operacji plastycznych dla każdego, według potrzeb. Ale może odstąpimy od naszych żądań. Wszystko zależy od tego, co nam powie lustereczko.



Lookism, looksism, ładnizm, brzydzizm


Lookism czy też looksism, według osób pragnących podkreślić negatywny aspekt zjawiska, to dyskryminacja na podstawie wyglądu zewnętrznego. Ofiary „wyglądzizmu" odstają od norm społecznych w zakresie autoprezentacji i postrzegania. Mówiąc krótko, świat uważa je za brzydkie.


Looksism opiera się na dwóch biegunach: „ładnizmu" (beautyism) i „brzydzizmu" (uglyism). „Ładnizm" polega na faworyzowaniu ludzi atrakcyjnych, niezależnie od zasług czy ich braku. „Brzydzizm" natomiast uderza w ładnych inaczej. Jest wyrazem zazwyczaj niejawnej dyskryminacji i uprzedzeń przeciwko obywatelom uważanym powszechnie za brzydkich „jak noc listopadowa" czy „jak kwit na węgiel", w krajach anglosaskich „jak grzech", a w krajach arabskich „jak sowa".



Aureola urody


Za to, że ładnym jest łatwiej, odpowiada m.in. tzw. efekt aureoli. Dzięki niemu wydaje nam się, że wszystko, co robią ludzie piękni musi być udane, dobre, a nawet cudowne i wyjątkowe. Uroda przyćmiewa ich ewentualne niedostatki w innych dziedzinach. Ludzie wykazują bowiem naturalną skłonność do odrębnego grupowania zalet i wad oraz przypisywania bliźnim wyłącznie zbioru cech pozytywnych albo zbioru cech negatywnych. Dlatego ładni wydają się nam jednocześnie zdolni, dobrze zorganizowani i szalenie sympatyczni, a brzydali automatycznie odsądzamy od czci i wiary oraz traktujemy ich podejrzliwie. Solomon Asch, ojciec psychologii społecznej i najsłynniejszy badacz efektu halo wykazał, że atrakcyjność jest cechą centralną i rzutuje na pozytywny odbiór wszystkich pozostałych cech danej osoby, tak że jawią się nam jako atrakcyjne i pociągające w każdym wymiarze.


Profesor Asch zapewne z zachwytem obserwował próby zbicia kapitału na efekcie aureoli w postaci kampanii reklamowych z celebrity endorsement. Namawianie ludzi do kupna pasztetu podobnego do Kasi Skrzyneckiej mógłby ocenić jako sensowne, ale nawet on nie uwierzyłby, że promowanie byłej Miss Alaski na urząd wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych ma realne szanse powodzenia...



Brzydkie badania

Wielu psychologów, socjologów, antropologów i badaczy kultury podnosiło temat niesprawiedliwej przewagi ludzi pięknych nad osobami obdarzonymi wyłącznie przymiotami wewnętrznymi. Jednak by wycenić tę różnicę, trzeba było ekonomistów. Daniel Hamermesh i Jeff Biddle, ekonomiści pracy, autorzy głośnych badań i publikacji jako pierwsi udowodnili, że uroda rzeczywiście popłaca.


Naukowcy wspólnie badali finansowy aspekt dyskryminacji brzydkich przez rynek pracy i stopień, w jakim faworyzowanie pięknych przekłada się na ich wyższe wynagrodzenia. Analiza zgromadzonych danych doprowadziła ich do następujących wniosków, które przedstawili w 1994 r. w słynnej już dziś pracy Beauty and the Labor Market:


- najwięcej zarabiają ludzie ładni, ludzie o przeciętnej urodzie zarabiają mniej, a brzydale, cóż, najmniej;


- brzydcy pracownicy są „karani" niższą stawką godzinową. Zarabiają o 5-10 proc. mniej niż osoby o wyglądzie niezwracającym uwagi (lub 9 proc. mniej, przy uwzględnieniu takich zmiennych jak wykształcenie i doświadczenie zawodowe);


- premia za urodę to ok. 5 proc. Oznacza to, że osoby wyróżniające się urodą uzyskują stawkę godzinową o 5 proc. wyższą, niż pracownicy o przeciętnym wyglądzie;


- brzydcy mężczyźni są grupą najbardziej dyskryminowaną finansowo;


- nieatrakcyjne kobiety mają mniejszy udział w rynku pracy i wiążą się z partnerami o mniejszym kapitale ludzkim, na dobre pieczętując swój nieatrakcyjny los. To odwrotność tzw. efektu Rothschilda, widocznego w dążeniu kobiet do wiązania się ze społecznie dominującymi mężczyznami (inteligentnymi, skutecznymi, zamożnymi), a mężczyzn z pięknymi kobietami. Mariaż kompetencji i urody z reguły przynosi owoce w następnym pokoleniu, z góry skazanym na sukces.



Twarzowa dyskryminacja c.d.

Wyniki podobnych badań przeprowadzonych niedawno przez Jamesa Andreoniego i Ragana Petrie z University of California są zbliżone do rezultatów podanych przez Hamermesha i Biddle`a, ale jeszcze korzystniejsze dla urodziwych. Według raportu Beauty, gender and stereotypes opublikowanego w lipcu 2007 r. na łamach „Journal of Economic Psychology” bonus za ładny wygląd pracownika to 12 proc. wynagrodzenia.


Badacze, jakby sami oślepieni efektem aureoli, twierdzą ponadto, że ludzie atrakcyjni są nie tylko zamożniejsi i odnosżą większe sukcesy niż ich brzydsi koledzy, ale też mają łatwiejszy charakter. Odkryli bowiem zaskakującą regułę, że „zespoły w których pracują ludzie piękni odnoszą większe sukcesy niż inne, ponieważ obecność pięknych poprawia współpracę w grupie ". Jakby tego było mało, nowe badania sugerują, że piękni pracownicy są mniej samolubni od pozostałych. Aż 39 proc. pięknych zasłużyło na opinię pomocnych, gdy tak pochlebnej oceny doczekało się tylko 16 proc. ludzi o przeciętnej aparycji i zaledwie 6 proc. osób określonych jako brzydkie.



Ładni są dochodowi

Hamermesh i Biddle ponad dekadę wcześniej wskazywali na to, że ładni mogą być bardziej wydajnymi pracownikami niż brzydcy, ale wiązali to raczej ze społecznymi oczekiwaniami w stosunku do zawodów, które wiązały się z tradycyjnie rozumianymi funkcjami reprezentacyjnymi. Dopiero Andreoni i Petrie uwiarygodnili tezę, że ładni mogą być dla pracodawców bardziej dochodowi, jako obdarzona osobistym urokiem oliwa do trybów korporacyjnej maszyny.


Na szczęście dla nieurodziwej większości okazało się również, że piękni pracownicy łatwo znajdują się na cenzurowanym. O ile poprawnie wykonane przez nich zadanie podlega korzystniejszej ocenie niż w przypadku osób brzydkich, to każde najmniejsze niedociągnięcie czy uchybienie jest dostrzegane szybciej i surowiej karane. Łatwiej tracą autorytet i zaufanie, niż koledzy, którzy dłużej i ciężej na nie pracują.


   


Gdzie sprawiedliwość?


Czary goryczy dopełnia obserwacja poczyniona m.in. przez zespół Eda Dienera, Briana Wolsica i Franka Fujity: piękni częściej niż reszta populacji określają siebie jako szczęśliwych. Może dlatego, że nawet rodzice poświęcają więcej uwagi swoim ładniejszym pociechom (Harrell, 2005), pracodawcy zatrudniają osoby atrakcyjne, mimo realnego zagrożenia pozwami o dyskryminację (Greenhouse, 2003) i chętniej je awansują (m. in. Watkins i Johnston, 2000; Olson i Marshuetz, 2005), urodziwi kandydaci mają większe szanse na wygraną w wyborach (Ottati i Deiger, 2002) - przy czym dla kandydujących kobiet  uroda jest warunkiem sine qua non wyborczego zwycięstwa (Chiao, 2008), a słynący z obiektywizmu sędziowie wymierzają łagodniejsze kary przystojnym przestępcom (m.in. DeSantis i Kayson, 1997; Vrij i Firmin, 2002). Niestety, nadziei na sprawiedliwość nie ma i być nie może, bo...



...ładni rządzą wszędzie


Głosy badaczy są zgodne co do jednego: przewaga ładnych jest regułą uniwersalną, sprawdza się w różnych społeczeństwach, odmiennych kulturach i środowiskach pracy. Różnice dotyczą tylko panujących kanonów urody. Kobiety z wargami rozciągniętymi na talerzykach będa zapewne piękne tylko dla mężczyzn z afrykańskiego plemienia Ubangi, zaś podziw dla wybujałej kobiecej tuszy jest typowy dla społeczeństw, gdzie głód jest nadal najważniejszym zagrożeniem.


Takie standardy piękna są widoczne na peryferiach nowoczesnego rynku pracy, dlatego Hamermesh i Biddle mogli oprzeć swoje badania na założeniu, że we współczesnym świecie mamy do czynienia z upowszechnionym i uwspólnionym kanonem piękna. Według nich bowiem wszechobecne media przyczyniły się do wypromowania identycznych wzorców w większości zamożnych społeczeństw, niezależnie od ich dziedzictwa kulturowego. Za bezpieczne uznali również stwierdzenie, że raz przyjęte standardy piękna i brzydoty są stabilne i podlegają niezwykle powolnym zmianom, niezauważalnym na przestrzeni nawet kilku pokoleń.



Jaki jest zatem wzorzec urody?


Oczywiście, doskonale wiemy jaki on jest: szczupła, wysportowana sylwetka, idąca w parze z twarzą o idealnie symetrycznych, harmonijnych rysach. Mężczyzna powinien być umięśniony, atrakcyjna kobieta obowiązkowo musi przyciągać wzrok wąską talią, burzą włosów, nieskazitelną cerą i wielkimi oczyma.


Jednak dopiero ankieta przeprowadzona niedawno przez Malcolma Gladwella zwróciła uwagę na to, jak bardzo cechy wyglądu, które w żaden sposób nie przekładają się na jakość wykonywanej pracy, warunkują osiągnięcie sukcesu. Gladwell zebrał dane o prezesach firm z listy Fortune 500 i zestawił je ze średnią krajową USA. Okazało się, że amerykański prezes jest wyższy od statystycznego Amerykanina o ok. 7cm. Co trzeci prezes mierzył co najmniej 188 cm wzrostu, co odpowiada zaledwie 3,9 proc. całej męskiej populacji Stanów Zjednoczonych.


Powyższa ankieta mimochodem wskazuje również na słabą reprezentację kobiet na najwyższych szczeblach zarządzania. Trudno się dziwić, że do dyskusji nad „wyglądzizmem" ochoczo dołączają badacze/czki feministyczni/e, broniąc tezy, że dyskryminacja brzydkich wiąże się też z narzucaniem pracującym kobietom męskich seksistowskich stereotypów na temat ich wyglądu i promowaniem tych pracownic, które potrafią je ucieleśnić.



Co robić?


Jeśli awans i podwyżka nie zależą tylko od kompetencji, trzeba sobie radzić inaczej. Kolejne badania niestrudzonego profesora Hamermesha (Hamermesh, Meng i Zhang, 2002) dowodzą, że nakłady finansowe, które panie ponoszą, by poprawić swój wygląd strojem bądź kosmetykami, niesłychanie rzadko pomagają w uzyskaniu podwyżki.


Do tej pory nie przeprowadzono natomiast wiarygodnych badań, które obalałyby związek między sukcesem zawodowym a chirurgiczną poprawą fizys. Wręcz przeciwnie, zoperowane do granic rozpoznawalności światowe celebrities to chodzące reklamy chirurgii plastycznej. Ich identyczne „irlandzkie" noski, podniesione brwi i policzki, powiększone usta, sztucznie zagęszczone włosy i szczupłe dzięki liposukcji bądź bajpasowi żołądkowemu sylwetki świadczą o tym, że druga połówka, jaką trzeba w życiu odnaleźć, to sławny chirurg plastyczny. Nawet okazjonalne objawienie się Michaela Jacksona czy Ewy Minge nie może obalić tej opinii.


Obfitość programów takich jak "Extreme Makeover" czy emitowanych również w Polsce ”Łabędź” ("The Swan"), „Chcę być piękna" (holenderski oryginał doczekał się nawet polskiej edycji) czy serial  „Bez skazy" ("Nip/Tuck") przybliżyła luksusowy świat operacji plastycznych szarym obywatelom, którzy być może wcześniej nigdy by nie brali ich pod uwagę.



Opcja 1: operować

Statystyki American Society for Aesthetic Plastic Surgery wskazują na niebywały wzrost popularności operacji plastycznych w USA  – 457 proc. od 1997 do 2007 r. W Wielkiej Brytanii na przestrzeni zaledwie roku, w okresie 2004-2005 zaobserwowano skok 35 proc. w ilości wykonanych zabiegów i operacji korygujących wygląd (BAPS, 2005).


Internetowe badanie przeprowadzone w 2007 r. wśród Kanadyjczyków przez Medicard Finance Inc. i Plastic Surgery Statistics (PLSS) wykazało, że aż 72 proc. respondentów nie zawahałoby się zoperować, gdyby nie akceptowali czegoś w swoim wyglądzie, 46 proc. rozważałoby możliwość zmiany wyglądu przez operację, 70 proc. martwią zmiany związane ze starzeniem, 51 proc. jest gotowe wygładzić zmarszczki. Gdyby istniała gwarancja całkowitego bezpieczeństwa zabiegu czy operacji plastycznej, poddałoby im się aż 76 proc. badanych, a 74 proc. zaryzykowałoby chirurgiczną interwencję dla urody, gdyby koszty nie stanowiły problemu.


Dziś najwięcej operacji plastycznych wykonuje się w Stanach Zjednoczonych, Meksyku, Brazylii, Japonii i Hiszpanii, statystyki per capita wskazują na inne potęgi chirurgii plastycznej (z wyjątkiem Hiszpanii, która tu też plasuje się w pierwszej piątce): Szwajcarię, Cypr, Liban, Grecję i Hong Kong.



Opcja 2: adwokat


W ciagu ostatnich kilku lat Stany Zjednoczone zalała fala pozwów o dyskryminację z powodu wyglądu w miejscu pracy. Do najgłośniejszych należały Yanowitz przeciwko L`Oreal USA, Goodman przeciwko L.A. Weight Loss Centers, Wilson przeciwko Southwest Airlines.


Amerykańskie sądownictwo boryka się z brakiem odpowiednich podstaw prawnych, by móc rozstrzygać, bez dyskryminowania żadnej ze stron, w tych skomplikowanych i bardzo niejednoznacznych sprawach. Bardzo trudno jest udowodnić, że popełniono wykroczenie lub przestępstwo „looksistowskie", równie trudno jest się wybronić od postawionych zarzutów. Ponieważ nie istnieją odpowiednie regulacje, ani nawet prawna definicja „wyglądzizmu" zarówno obrona jak i oskarżenie muszą się posługiwać przepisami dotyczącymi podobnych, ale jednak innych zagadnień.


Stworzenie aparatu prawnego kontrolującego ten obszar jest raczej niemożliwe. Oznaczałoby to narzucenie norm prawnych dla każdej ludzkiej relacji, zarówno na gruncie prywatnym jak i zawodowym.




Kara za geny?


Dyskryminacja na podstawie wyglądu jest zjawiskiem pierwotnym, ściśle związanym z naszymi uwarunkowaniami biologicznymi, o tysiąclecia wyprzedzającymi uwarunkowania kulturowe. Wszyscy podlegamy wewnętrznemu głosowi tzw. genu samolubnego, który mówi nam, z kim opłaca nam się wiązać, a z kim nie i który decyduje o tym, jaką rolę pełnimy w społecznościach.


Zakres interwencji państwowej jest zatem ograniczony i taki zapewne długo pozostanie. Dlatego jeszcze długo w tej dziedzinie będzie obowiązywał jedynie osobisty kodeks etyczny każdej jednostki zaangażowanej w eliminację faworyzowania ładnych i dyskryminację brzydkich.


Mój osobisty kodeks nakazuje mi domagać się opodatkowania pięknych oraz finansowych wyrównań dla brzydkich. Aby pomóc instytucjom państwowym i każdemu przyszłemu pracodawcy, zobowiązuję się osobiście wskazywać, kto jest brzydki, a kto ładny.





Jesteśmy chirurgami plastykami, Sean, twarzami tego biznesu. Jeśli nie chcesz się odmłodzić to tak, jakbyś akceptował brudny dywan w poczekalni. Widziałeś kiedyś grubego trenera osobistego?


Dr Christian Troy, serial „Bez skazy"



Niestety, żyjemy w świecie, w którym wizytówką są gładkie uda.


Dr Sean McNamara, serial „Bez skazy"



Pewna dama zarzuciła Winstonowi Churchillowi, że jest pijany.


- A pani jest brzydka – odparł polityk. – a ja jutro obudzę się trzeźwy.



Podczas otwarcia centrum badań nad rakiem koło Rzymu premier Włoch, Silvio Berlusconi, przede wszystkim chwalił urodę personelu.


- Pragnę pogratulować tak urodziwej załogi – wyraził z zachwytem - Piękno pomaga nam w pracy, zwłaszcza gdy osoba siedząca tuż obok jest ładna.



Na spacerze Abrahamowi Lincolnowi przyglądała się nieznajoma dama.


- Boże, ależ jest pan brzydki – wykrztusiła pani.


- Cóż, nic na to nie poradzę – odrzekł zasromany prezydent.


- Mógł pan zostać w domu! – gniewnie rzuciła dama.




<< powrót do listy

Kontakt:

Tel: + 48 22 892 00 22

dział kontakt

Ul. Wiślana 8 lok. 3

00-317 Warszawa

strony www klonos.pl